Dawno temu w Polsce

"A droga wiedzie w przód i w przód Skąd się zaczęła tuż za progiem I znów przed mną mknie gdzieś w dal A ja wciąż za nią, tak jak mogę. Skorymi stopy za nią w ślad Aż w szerszą się rozpłynie drogę, Gdzie strumień licznych dróg już wpadł. A dalej dokąd ? Rzec nie mogę."

piątek, 16 lipca 2010

To były piękne dni – GRUNWALD A.D. 1999-2000 cz.1


To nie będzie rys historyczny, jeśli chcecie dowiedzieć się o faktach to sięgnijcie po prace historyków. To po prostu krótkie wspomnienie o tym jak dostaliśmy psią wartę, o strzelaniu z bombardy o 5 nad ranem i o tym jak targaliśmy Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego (wielkiego z tytułu i wagi).

Pierwszy miecz kupiłem pod koniec liceum. Trzymałem go pod materacem i trenowałem poza domem. Sprawa wydała się po tym jak razem z kolegą urządziliśmy sobie trening podczas szkolnej przerwy. Ktoś zadzwonił do rodziców i miałem niezły kocioł, ale jak to mówią, co nas nie zabije wzmacnia nas.
Do „Bractwa Miecza i Kuszy” przystąpiłem gdzieś tak na pierwszym roku studiów. Regularne treningi, zaprawa i multum informacji na temat sprzętu i obyczajów. Wtedy sporo rzeczy robiło się samemu z tego co było dostępne. Oczywiście, kto miał pieniądze ten miał lepszy sprzęt Na szczęście w tamtych czasach jakoś przechodziły „glany” i „rajtuzy”. Na pierwszy grunwald pojechałem w 99r. Bractwo zorganizowało autokar i wesołą kompanią zapakowaliśmy się do niego. Wiecie, największy ubaw miałem zawsze jadąc komunikacją publiczną wioząc ze sobą pełny ekwipunek. Tu sterczał miecz, tam tarcza, na plecaku przypięty hełm. Jakoś zawsze było wolne miejsce. No, ale wracając do sedna. Gdy dotarliśmy na miejsce obóz już stał. Przebraliśmy się w obozowe stroje i zaczęliśmy wczuwać się w klimat. Nie ukrywam, że jako świeża osoba nie miałem tam zbyt wielu znajomych, ale z godziny na godzinę jakoś poszło. Rycerz, w kopi którego służyłem, przydzielił mnie i koledze, notabene obecnego dowódcę chorągwi mazowieckiej, psią wartę. Pan kazał, sługa musi. Godzinki jakoś zleciały a nam się spać za cholerę nie chciało. Nad ranem, a rano w lipcu robi się tak koło 0400, zgadaliśmy się z ekipą która obsługiwała bombardy. Niewiele myśląc wyciągnęliśmy jedną z nich na pobliski wzgórek i jazda strzelać na wiwat. Przy okazji dowiedziałem się jak to wesoło robi się proch strzelniczy do takiej zabawki, oraz że lepiej podczas strzału leżeć na ziemi z tyłu działa poza kątem 20 stopni patrząc od osi lufy. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po kilku salwach pojawił się brodaty jegomości i dość wylewnie wytłumaczył dlaczego nie powinniśmy się dalej dobrze bawić. Bombardę trzeba było schować i znaleźć sobie nowe zajęcie. Na szczęście zmorzył mnie sen i obudziłem się kilka godzin później.
Od rana panował gwar, przepraszam rano to już było. Od momentu, kiedy wszyscy wstali w obozie rozpoczął się gwar. Jak na komendę ludzie zaczęli szykować sprzęt. No i tu pojawił się problem, bo o ile załatwiłem sobie tarczę to brakowało mi ochrony prawej dłoni, w której dzierżyłem miecz. Na szczęście miecznik był łaskawy i dopuścił mnie do bitwy.

To było piękne wyszliśmy w pole w zwartych kolumnach po jednej stronie my po drugiej ci, co walczyli pod Tannenbergiem. Tylko, dlaczego u nich wszyscy w ciężkiej płycie. Na szczęście nasza chorągiew dostała miano nieśmiertelnej do połowy bitwy, sami rozumiecie tak na wszelki wypadek, co by być w zgodzie z historią. Tego co się działo podczas bitwy nie potrafię opisać. Z daleka to tłum ludzi biegający mieczami i tarczami, w środku to prawdziwe emocje. Rozkazy dowódców, krzyki towarzyszy i wrogów. Oczy trzeba mieć wszędzie a sytuacja zmienia się z minuty na minutę. To nie jest jakiś tam pokaz na turnieju to prawdziwa bitwa.
Dotarłem prawie do linii końcowej, jakoś tak wyszło, że dostałem cięci w brzuch. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Wracając z innymi poległymi kolegami zobaczyliśmy krzyżaka w pełnej zbroi proszącego o pomoc. Jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że to sam Wielki Mistrz Zakonu. Nie pamiętam, jaka była tego przyczyna, ale biedak nie był w stanie sam zejść z pola. Koniec Końców zanieśliśmy go we czterech i złożyliśmy u stóp Jagieły. Co do tego „zanieśliśmy” to wyobraźcie sobie czterech wykończonych zbrojnych z ekwipunkiem, targających przez pół pola grunwaldzkiego bezwładnego faceta, tak na oko co najmniej 90kg w pełnej zbroi płytowej, to dopiero wyzwanie.

No cóż resztę możecie sobie wyobrazić, zabawa, jedzenie itd. Noc spędziłem w autokarze rozłożony na czterech siedzeniach, i uwierzcie mi to była jedna z wygodniejszych miejscówek, w jakich spałem.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Wypalenie


No i stało się. Jeszcze niedawno cieszyłem się, że wracam do akcji a tu masz babo placek, pustka w głowie, zero pomysłów na coś, co warto poprowadzić. No, ale może od początku. Skończyliśmy kampanie „Miecz Dolin” i mimo wahań postanowiłem poprowadzić jedną z moich starych niedokończonych przygód. Pomysł na przygodę był fajny a i wcześniejszy bieg wydarzeń też prezentował się dość ciekawie. Początek był prosty, wystarczyło odgrzebać stare notatki i umiejętnie wpleść nową grupę w stary wątek. Musicie wiedzieć, że przygoda była pisana w miarę na bieżąco, co w efekcie doprowadziło mnie do momentu gdzie skończyły się stare zapiski i trzeba było zapełnić kartki od nowa. Wpierw było nieźle, pierwsze pomysły, spotkania, ładne przerywniki opisowe mające na celu wprowadzić trochę klimatu. Nawet trzymało się to kupy i nagle coś się załamało. Drużyna zawaliła scenariusz i stanęła w martwym punkcie. Musiałem improwizować tak żeby ich nie zabić i jednocześnie żeby wszystko wyszło w miarę naturalnie. Udało się, ale zaraz powstało pytanie, co dalej. Główny wątek wymusza jakby zrobienie tego, co już zaplanowałem tylko, że możliwości drużyny oraz jej pomysłowość raczej nie wskazują na to by dali sobie z tym radę. Ktoś powie nie pierwszy i nie ostatni raz, błahostka. Jasne, też tak sobie pomyślałem, ale jak przyszło do pisania to mina mi zrzedła, bo jak to śpiewała Kasia Nosowska

„ Herbata stygnie zapada zmrok a pod piórem ciągle nic
Obowiązek, obowiązkiem jest piosenka musi posiadać tekst…”

Czego bym nie napisał to zaraz pojawiają się słowa typu: to już było, to bez sensu, naiwne, śmieszne, nie profesjonalne. Ile razy można zabijać złego czarodzieja, pokonywać bestie wszelakie, ratować świat z opresji o pomniejszych królestwach już nie wspominając lub eksplorować kilometry podziemi - prosto, prawo lewo, komnata, smok, komnata, korytarz. No rzesz kurde totalna niemoc. Ja rozumiem, że można się wypalić w pracy, ale w pisaniu scenariuszy. Kilka lat temu zaśmiałbym się takiemu MG w twarz twierdząc, że mnie nic takiego nie spotka. A jednak, myliłem się. Nie pozostaje chyba nic innego jak otworzyć jeden z pierwszych numerów MiMa i przeprosić się z losowym generatorem przygód, a nóż widelec coś z tego wyjdzie. Ech na co to mi przyszło.