Dawno temu w Polsce

"A droga wiedzie w przód i w przód Skąd się zaczęła tuż za progiem I znów przed mną mknie gdzieś w dal A ja wciąż za nią, tak jak mogę. Skorymi stopy za nią w ślad Aż w szerszą się rozpłynie drogę, Gdzie strumień licznych dróg już wpadł. A dalej dokąd ? Rzec nie mogę."

środa, 4 sierpnia 2010

To były piękne dni – GRUNWALD A.D. 1999-2000 cz.2


Minął rok i przyszedł czas wyjazdu na następny grunwald. Tym razem stawiłem się w obozie już trochę lepiej wyekwipowany. Ciągle jeszcze w leginsach, ale na nogach porządne buty a na grzbiecie płócienna koszula, plus kilka nowości w uzbrojeniu. Na ostatnią chwilę pożyczałem miecz od kolegi bo mój nie wytrzymał sparingu. Tak apropo pamiętajcie, że nie warto zastawiać się jedynką przed półtorakiem, zbijać, zbijać i jeszcze raz zbijać.
Tak jak poprzednio zjawiliśmy się wieczorem i zrzuciliśmy swój sprzęt w obozie. O dziwo nie pamiętam, żeby wieczorem działo się coś wesołego lub interesującego, o przepraszam całą kopią udaliśmy się nad jeziorko i do kaplicy by jak to dawniej bywało w zwyczaju uczestniczyć w przygotowaniach naszego kolegi do ceremonii pasowania na rycerza. Generalnie zasnąłem wcześnie by rano wstać rześkim i wypoczętym. W sobotę z samego rana odbyła się ceremonia pasowania, trochę gadanie, przysięga i gratulacje. Potem przyjechał Alladyn z zamówionym towarem, czyli świeżutko kutymi mieczami. Pieniążki poszły z rączki do rączki a ja jak to zwykle mogłem się tylko poślinić. Kumpel przywiózł zamówione ciżemki, i niestety okazało się, że nie ma mojego numeru (głupi zamiast na grunwald powinienem się udać na spływ kajakowy). Na szczęście na tym, skończył się mój pech. Potem Razem z M. Wygnańskim (naszym rycerzem) poszliśmy na naradę przed bitwą. Stoję z boku słucham jak tu wielcy Panowie omawiają plany i nagle przychodzi mi wspomnienie Mistrza Zakonu, którego targałem rok wcześniej. Szepcze po cichu Maćkowi, jaka jest sprawa a on na to, że mam rację i żebym głośno sprawę wyłożył. Niewiele żem zwlekał i temat przedstawiłem, o dziwo Panowie Rycerze wysłuchali ciurę obozową, pokiwali głowami i ustalili, że do zabezpieczenia zwłok Wielkiego Mistrza zorganizuje się kilku giermków. Do bitwy zostało jeszcze trochę czasu, który poświęciłem na poszwędanie się po obozie. Im bliżej bitwy tym goręcej, zarówno w atmosferze jak i w powietrzu. Dostałem do klepania tarcze i uwaga po raz pierwszy wystąpiłem w telewizji. Walę młotem w kawał blachy, co by się wyprostowała a tu podchodzi do mnie ładna pani z mikrofonem i pyta co robię. Kurde trochę mnie trema zjadła i nie wyszło to zbyt dobrze, ale jak się dowiedziałem od sąsiada puścili w TVN. Tuz przed bitwą okazało się, że zaostrzyli wymogi opancerzenia i obydwie ręce muszą być chronione. Tym razem z pomocą przyszedł mi sam Jagieło, czyli J.Sz. i pożyczył łapowniczkę. Stoimy chorągwią w lesie i czekamy na rozkaz wymarszu a tu nagle okazuje się, że Krzyżacy nie maja dwóch nagich mieczy, co by je nam wręczyć. Nie pamiętam już, od kogo, ale dostałem polecenie „Leć do obozu, weź dwa miecze z tych co Alladyn przywiózł i zanieś je Krzyżakom.”. Miecze i Krzyżaków znalazłem, z tym, że ci drudzy byli po drugiej stronie pól Grunwaldu. Trochę się zdziwili, o co mi chodzi, ale po chwili wszystko było jasne, wiec spokojnie wróciłem w sam raz na wymarsz. Żar lał się z nieba. Ten co nie był to nie wie co to znaczy stać tam i gotować się na pełnym słońcu w pancerzu. Starliśmy szranki, i znów zgiełk, pot i adrenalina. Wtedy dowiedziałem się dlaczego należy słuchać rozkazów i trzymać szyk. Padł rozkaz cofnięcia się szeregiem. Zostałem z przodu w starciu z przeciwnikiem. Miecz, tarcza, miecz, tarcza i tak kilka razy. Kiedy zorientowałem się że nie mam swoich towarzyszy po bokach było już za późno. Doskoczył do mnie drugi przeciwnik. Pierwszego parowałem tarczą drugiego mieczem. Kiedy doskoczył do mnie trzeci Krzyżak sparowałem jego topór swoim hełmem. Chwała niebiosom, że trafił w łączenie gdzie miałem podwójną blachę. Odrzuciło mnie do tyłu i padłem na ziemię. Przyskoczył do mnie miecznik (sędzia) z pytaniem czy jestem cały, co oznacza że z boku musiało to wyglądać naprawdę nieciekawie. Po powrocie mogłem się chwalić kilku milimetrowym wgięciem hełmu, a kumple z podwórka kiwali z uznaniem głowami. Bitwa skończyła się trochę później. Przyznaję, że z pola zwlokłem się powłócząc nogami. Zatrzymywaliśmy się co kilka metrów bo ludzie chcieli robić sobie z nami zdjęcia. Przyznaję, że wpadło za to kilka złotych, bardzo szybko zamieniłem je na zgrzewkę oranżady, którą rozdaliśmy po chorągwi. Jak już wszyscy się ogarnęli przyjechała dostawa pieczonych świń zasponsorowanych przez jakąś firmę. I znowu zabaw trwała do późna. Rano dosiadłem się do ogniska, przy którym spałaszowałem resztkę świniny podgrzaną nad płomieniem. Zanim wyjechałem okazało się, że zostało sporo prochu i pakuł do hakownic. Niewiele myśląc wdrapaliśmy się na wieżę i zaczęliśmy ostrzeliwywać. Ładnie nam to wyszło bo po krótkim treningu ładowaliśmy hakownice na rozkaz po czym ogniomistrz po kolei odpalał je lontem tak że strzelały jedna za druga.( Tu mała uwaga żarzący się lont plus słoma równa się pożar.) Zabawa skończyła się po tym jak do akcji włączyła się mała bombarda wycelowana w naszym kierunku. Tym razem przeszkadzało to pewnej białogłowie i musieliśmy skończyć zabawę.
Do domu wróciłem późnym popołudniem. Spotkałem jeszcze kumpli dzieląc się z nimi opowieściami z wyjazdu. Niestety kilka miesięcy później okazało się, że był to mój ostatni grunwald na tamte czas. Miecz i tarcza poszły na szafę a ciuchy do szuflady w oczekiwaniu na lepsze czasy, które może nadejdą.